W utopijnym świecie, w którym brakuje jedynie nas samych, ludzie pracują z uśmiechem na ustach przepełnieni satysfakcją. Wykonują pracę, którą lubią. Wykonują pracę, którą potrafią robić najlepiej i wszyscy w koło uważają ich za ekspertów w ich zawodzie. Za ich pracę otrzymują odpowiednie wynagrodzenie, dzięki któremu da się żyć na wysokim poziomie. A w dodatku ta wykonywana praca ma sens i znaczenie. Nikt nigdy nie powie "po co? na co to komu? jaki z tego pożytek?" Taka idealna praca nikogo nie męczy, nikomu nie szkodzi i można się z niej wiele nauczyć. I nie płaci się się podatków, no bo na co przeznaczać podatki, skoro każdego na wszystko stać? A jeśli nawet ktoś jest niezdolny do wykonywania pracy z powodu podeszłego wieku albo z powodu choroby... ludzie w koło pomogą. Trzeba sobie wzajemnie pomagać...
W tym samym czasie w realnym świecie żyje sobie teoretyczny człowiek, który od dziecka marzył, że będzie w swoim życiu robił coś zupełnie innego niż to, do czego został przyuczony w swoich młodzieńczych latach. Potem wziął się za ciężką pracę pełną wyrzeczeń. Nikt mu nigdy w niczym nie pomógł, a jeśli nawet pomógł, to na pewno nie bezinteresownie. Szef początkowo zatrudnił go na próbę i nie płacił mu wcale. Następnie łaskawie zaczął płacić jakieś pieniądze, ale wszyscy w koło zarabiali więcej. W dodatku szef cały czas gapił mu się na ręce, a inni w tym czasie obijali się i rzucali mu kłody pod nogi. Teoretyczny człowiek wytrzymał jakoś ten wszechstronny nacisk wierząc, że kiedyś przecież wkońcu będzie lepiej. Jego jedyną motywacją do pracy była jego wiara w lepsze jutro. I rzeczywiście z czasem było lepiej. Szef zaczął mu płacić tyle samo, co wszystkim. Nawet już tak strasznie nie gapił się na ręce i nie podglądał zza winkla. Nadszedł czas chodzenia do pracy właściwie tylko po to, żeby się pokazać szefowi i żeby płacił. Sensu i znaczenia ta praca nadal nie miała żadnego. Wszyscy się obijali i przedłużali sobie przerwy na lunch o tyle, o ile tylko się dawało. Raz na jakiś czas szef warczał, ale można się było przyzwyczaić i go olać.
Życie stawało się coraz bardziej monotonne i szare. Praca, dom, praca, dom. W weekend się narąbać, w święta się spotkać z rodziną. Życie nabrało nieco koloru, gdy nasz teoretyczny człowiek poznał kobietę swojego życia. Pochodziła z tej samej ubogiej klasy społecznej co on, ale przynajmniej potrafiła się dobrze bawić. Oczy przesłoniła mu ślepa miłość do człowieka, z którym przy odrobinie szczęścia można będzie w przyszłości wspólnie stworzyć lepszy świat, osiągnąć wyższy poziom. Tak, marzenia o przyszłości potrafią zmotywować do pracy.
"Tylko jak długo da się tak żyć na tym zdecydowanie niskim poziomie?" - zastanawiał się teoretyczny człowiek, któremu z dnia na dzień coraz bardziej brakowało wiary w to, że się wreszcie kiedykolwiek doczeka lepszego jutra. Można się było trochę podszkolić w jakiejś zbliżonej dodatkowej branży. Skoro się co miesiąc grzecznie płaci podatki, a część z nich jest przeznaczona na wsparcie dla osób, które chcą się edukować w celu osiągnięcia lepszej kariery zawodowej... czemu nie? Tylko że w rzeczywistości znaleźć odpowiedni trening w świecie, w którym wszyscy wykonują swoją pracę tylko po to, żeby odbębnić swoją dniówkę, graniczyło z códem. Był taki jeden kurs tylko jeden, dzięki któremu można się było dokształcić, ale kosztował bardzo dużo. Był tylko jeden taki kurs! Pracownika fizycznego, który ledwie co wiąże koniec z końcem nie było na ten kurs stać, a system socjalny który miał część pieniędzy z podatków przeznaczać na takie właśnie cele, już dawno przeznaczył te pieniądze na bonusy i bankiety dla biurokratów i polityków. Było za to pełno innych trainingów, których poziom siągnął dna i mocno się do niego przykleił. W starej, ale co kilka lat odremontowywanej z pieniędzy unijnych placówce szkoleniowej, którą mu polecono, nasz teoretyczny człowiek zobaczył zapyziałe biurwy wciskające zapyziałym szarym ludziom zapyziałą ciemnotę o motywacji do szarej zapyziałej pracy. "Ehhh... czas wracać do domu."
W domu czekała naszego teoretycznego człowieka kolorowa rzeczywistość. "Kochanie. Będziemy mieli dzidziusia." - "W porządku... nie jest źle... jakoś to będzie... jakoś się nam uda zwiazać koniec z końcem. Będę ojcem! Huraaa!" - takie myśli przewinęły się przez jego zmęczony rzeczywistością umysł. W zwiazkach bywa różnie. Są upadki i wzloty. Upadki są konieczne po to, żeby się z nich podnosić i czegoś się w życiu nauczyć. Czasami więc bywało źle, a czasami bywało znośnie. "Kochanie. Będziemy mieli drugiego dzidziusia."
Niestety, jak to czasami ze związkami partnerskimi bywa, rozpadają się. Częstą przyczyną jest wszechogarniający stres związany z pracą, z niedoborem pieniędzy, z koniecznością podzielenia się z partnerką obowiązkami i z innymi komplikacjami. Bez różnicy, jak do tego doszło. Ważne że naszemu teoretycznemu człowiekowi życie znów zupełnie straciło kolor, a jego perspektywy na lepsze jutro legły w gruzach. Związek się rozpadł.
System socjalny, w którego skład wchodzą także niezawisłe sądy, stworzył takie przepisy, że matce zwyczajowo przyznaje się prawo do opieki nad dzieckiem, a ojcu zwyczajowo przyznaje się obowiązek płacenia alimentów. To nie ważne, że czasem ta matka nie nadaje się do bycia matką. Ważne jest że sądy są niezawisłe i nieomylne. Nasz teoretyczny człowiek słyszał gdzieś kiedyś o takim prawie, ale nie wiedział że kiedyś właśnie jego będzie ono w głównej mierze dotyczyć. Wydawało się, że sądy mają coś wspólnego ze sprawiedliwością, więc skoro partnerka niesprawiedliwie wniosła pozew o alimenty, nie pozostało mu nic innego do wyboru, jak tylko się z nią sądzić. Szef okazał się być wyrozumiałym człowiekiem i o ile nasz teoretyczny człowiek zapragnął pracować więcej niż zwykle, o tyle szef mu więcej płacił. Większość z tych pieniędzy szła na adwokatów i rozprawy sądowe. Teraz to już w ogóle ledwie dawało się żyć. Tyrał w dzień, tyrał w nocy. Mało jadł, mało spał. Łożył na dom, na dziecko, na koszty rozprawy sądowej. Po pewnym czasie rozchorował się i koszty leczenia też musiał pokrywać z własnej kieszeni. A podobno jak się płaci podatki, to część z tych pieniędzy idzie na ubezpieczenie chorobowe... Nie ważne... Dziecka prawie wogóle nie widywał, bo partnerka mu na to nie pozwalała. Partnerki również nie widywał, bo ona widywała innych facetów i jej nigdy nie było w domu. Ważne że po jakimś czasie udało się wygrać w sądzie.
O ile można to nazwać wygraną... Nasz teoretyczny człowiek został samotnym ojcem dwójki dzieci. Jako że był chory i ciężko mu było pogodzić pracę z opieką nad dziećmi, po pewnym czasie dostał wypowiedzenie z pracy. W obecnej sytuacji, było to już ponad jego siły. Zawsze miał silną psychikę i wolę, ale mimo wszystko powoli zaczynał się staczać po równi pochyłej.
Na szczęście pewnego dnia przyszło do niego olśnienie. Pomysłał sobie: "Skoro przez tyle lat ciężko pracowałem i płaciłem podatki, a jak byłem w potrzebie dokształcenia się, to system socjalny mi nie pomógł... Ale jak sam sobie chciałem pomóc i pracowałem więcej niż fizycznie byłem w stanie znieść, to system socjalny zawsze rzetelnie pilnował czy przypadkiem nie powinienem płacić więcej podatków. Koniec tej niesprawiedliwości! Nie dam się więcej doić!". I tym sposobem nasz teoretyczny człowiek przeszedł na bezrobocie. W kraju w którym mieszkał, system socjalny był bardzo dobrze rozwinięty i opłacało się być bezrobotnym. Co prawda osobom pracującym taki system socjalny wcale nie był na rękę, ale teraz to go już nie dotyczyło. Od czasu do czasu tylko dorabiał sobie na czarno, bo od dziecka był zawsze osobą ambitną i zmotywowaną do pracy. Motywacja do pracy he he. Mówił sobie: "Będę ostrożny, żeby taka sytuacja trwała jak najdłużej, a przynajmniej tak długo, jak długo istnieje ten durny system społeczny, w którym jestem zmuszony żyć."
Okazało się z wyliczeń, że jak od wynagrodzenia zwykłego robola odliczy się wszystkie płacone przez niego podatki, koszty leczenia, cały ten stres psychiczny, którego na codzień doznaje on w swojej pracy, to zarabia on o wiele mniej niż człowiek bezrobotny, który nie robi zupełnie nic i żyje sobie z zasiłków. Owszem można być kimś więcej niż tylko robolem, a nawet jest to wskazane żeby się rozwijać intelektualnie. Gdyby system socjalny wspierał ludzi, a nie ich wykorzystywał, wszystkim żyłoby się lepiej.
Ale ludzie tego nie rozumieją. Czy więc skoro zdecydowana większość ludzi nie rozumie tego, czy w sytuacji gdyby zupełnie system socjalny nie istniał, żyłoby się nam lepiej? Nie. Ludzie są głupi i leniwi. System socjalny musi istnieć, żeby nimi kierować, ale nie może to być taki system socjalny, jaki obecnie prężnie rozwija się w całej europie. Nie może to być system, który zamiast uczyć i wspierać, doi ciężko pracujących ludzi, nie daje im żadnych perspektyw, dusi ekonomię stale rosnącymi podatkami i zawiłymi przepisami prawnymi, które to przepisy niekiedy nawet same z sobą są sprzeczne. Choć jest to błednie uważane za jakąś formę dyktatury, ludźmi ktoś powinien pokierować.
Choć będąc dzieckiem nasz teoretyczny człowiek miał zupełnie inne hobby i zainteresowania niż dyktatura, zaczął poważnie rozmyślać, jak wykreować nowy lepszy świat, w którym nie ma biurokracji. Znalazł setki sposobów, jak omijać prawo, bo było dziurawe jak sito. Zaczął dobrowolnie i bezpłatnie dzielić się swoją wiedzą z ludźmi, którzy do złudzenia przypominali jego samego z czasów, gdy był szarym robolem podłączonym do systemu. Wypowiadał się w audycjach internetowych, udzielał się na czacie, wysyłał swój przekaz e-mailem w odpowiedzi na oferty pracy, które dostawał od oślepionych systemem pracoholików. Napisał nawet swojego własnego bloga...
Początkowo owego teoretycznego człowieka dziwiło niskie zainteresowanie jego blogiem. Nikt nikt nie udzielił nawet jednego komentarza. Potem dziwiło go, że choć kilka komentarzy się pojawiło, to były to przejawy krytyki do tekstów, które pisał. Zarzucano mu, że "Jak tak można? To głupota, utopia. Nikt tak nie robi. Kilka miliardów ludzi nie może się mylić." Czuł się jak odmieniec... ale żyło mu się z tym dobrze, bo żył ze swoimi dziećmi w dostatku w porównaniu do tej szerzącej się wszędzie nędzy... Aż wreszcie zarzucił pracę nad swoim blogiem. "Niech się wszystko samo z siebie rozwali, bo i tak do tego zmierza. Łatwiej będzie to wszystko w przyszłości wybudować od podstaw, niż teraz naprawić. Ludzie to marionetki i tak je będę od dzisiaj traktował" - pomyślał sobie rozłożywszy się w swoim hamaku w ogrodzie. Oczywiście to wszystko tylko teoria...to był tylko teoretyczny człowiek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz