piątek, 2 marca 2012

Czy będzie zmiana na lepsze?

Nie będzie zmiany na lepsze, o ile trwale nie obalimy obecnego systemu. Nie mówię wyłącznie o systemie w Polsce, bo gdyby tak było, to istniała by przynajmniej szansa na to, że wkrótce wydarzy się u nas w kraju to samo, co w październiku 2011 roku działo się w Grecji. Dziesiątki tysięcy greckich pracowników w proteście przeciwko rządowym sposobom rządzenia, zamiast jak co dzień pójść do pracy, wylegli na ulice i zrobili masowy strajk. Przynajmniej tymczasowo ludziom wydawało się, że mogli mieć wpływ na losy swojego kraju.

Niestety w rzeczywistości jest tak, że na losy Polski nie mamy żadnego wpływu. Żeby strajkować, musimy najpierw błagać o zezwolenie. Nie mamy już do wyboru pomiędzy zorganizowaniem strajku ostrzegawczego, czy realnego. Wszystkie te strajki, które są zatwierdzone przez urzędasów i łaskawie uznane za legalne, są strajkami ostrzegawczymi. Potem rząd przeznacza spore pieniądze z naszych własnych kieszeni na ochronę mienia prywatnego w przypadku, gdyby na przykład zaszczuta przez policję grupa osób, które się na tym strajku zjawiły, zaczęła protestować przeciwko przemocy policji. Zresztą jaka jest rzeczywistość w Polsce, to możemy się dowiedzieć sami, jeśli pójdziemy wziąć czynny udział w strajku i dostaniemy kopa w nery od jakiegoś pijaka w żółtej kamizelce, który okaże się być funkcjonariuszem policji.

Rzeczywistość nie zawsze jest taka, jak piszę powyżej. Czasami na prawdę źle się na świecie dzieje i wtedy ludzie zaczynają myśleć. Źle jest dopiero wtedy, gdy większość ludzkości traci dach nad głową, nie ma co jeść, nie ma co pić. Źle jest dopiero wtedy, gdy nie tylko wydaje się być za późno na jakąkolwiek poprawę warunków życia, ale na prawdę jest już za późno. Jest takie powiedzenie "Jak trwoga, to do Boga". Jest dobrze, skoro nadal niektórym się wydaje, że mają co jeść, że mają gdzie mieszkać, że mają zapewnioną przyszłość, bo państwo wypłaci im emeryturę i będzie na nich łożyć na stare lata. To nic, że nie mamy prawa zabierać głosu na niektóre tematy. To nic, że statystyczny Polak nie dożywa wieku emerytalnego. Ktoś będzie myśleć za nas i będzie sprawnie rozporządzać naszymi pieniędzmi.

I teraz część Polaków zaczyna się oburzać, że tak się nie da żyć. To jest ta część, co mają istny refleks szachisty. Większość z nich od lat klepie biedę, ale dopiero teraz raczyli to zauważyć. Nie mówię, że jest, ale co, jeśli już jest za późno na poprawę?

Inna część Polaków zaczyna prawić, że to było do przewidzenia. To są ci, co dużo gadają, ale niewiele robią. Owszem, często prowadzą rozgłośnie internetowe i blogi o tematyce wolnościowej. Ale na dłuższą metę oni też klepią biedę i tylko może trochę mniejszą, bo mają kilku sponsorów - fanów reklam. Owi fani reklam nie reklamują się u nich bez powodu. Powód jest taki, że na krótszą metę opłaca się reklamować. Większość ludzi, albo bydła jak kto woli, ogląda i czyta reklamy i nawet kupują produkty i usługi z tych reklamujących się firm. Na dłuższą zaś metę cały ten biznes opłaca się tylko tym na szczycie piramidy, a cała reszta - zarówno firmy, jak też ich klienci, powoli staczają się po równi pochyłej.

Jeszcze inna część Polaków siedzi po prostu cicho i drapią się po łysinie. O ile nie wyłysieli zupełnie, to pozostałe ich włosy są koloru szarego od wiecznego stresu i braku perspektyw. O ile nie osiwieli, to drapią się po tyłkach z braku perspektyw i pomysłów na życie. Oni nie robią nic, bo przeświadczeni są, że nic już nie da się zrobić... Myślą o bzdurach, o tym że można by sobie jeszcze popolemizować w tym akapicie, że niektórzy się nie drapią po tyłkach, bo nie mają tyłków.

Pamiętajmy jednak, że świat tworzą wielkie ideologie osób, które właściwie rzecz biorąc działają zupełnie w pojedynkę i mają zupełnie odmienne poglądy niż wszyscy powyżsi. Zawsze jest jakiś sposób - mówią. - Nie wolno się poddawać, bo wtedy pogłębiamy swój własny dół z szambem. Trzeba coś wymyśleć. Trzeba odkryć coś, czego inni nie odkryli, a co pewnie czai się gdzieś za rogiem czekając na przypływ pozytywnego myślenia. Zwykle te dziecinnie proste rozwiązania są najbardziej genialne... nie tak zawiłe jak cała ta polityka, w którą bawią się dorośli.

Jaki jest (a raczej powinien być) nasz cel? Chcemy trwale obalić system i stworzyć nowy, zupełnie odmienny.


Kto/co nam w tym przeszkadza? Przeszkadza nam piramida finansowa, na wierzchołku której stoi rząd wspierający się o zgięte karki podległych mu biurew i wspólnie z nimi żerujący na zaślepionym społeczeństwie.


Co jest ich bronią? Powszechnie nie omieszkają zastosować wobec nas biurokracji, przemocy i medialnej propagandy.


Co my możemy zrobić? Możemy zwalczać system biurokracją - jego własną bronią. Przemoc odpada, bo rodzi przemoc. Na tym etapie przed przemocą ze strony rządu możemy co najwyżej schować się do podziemia. Strajki nie dadzą więc rezultatów innych jak tylko negatywne. Z propagandy możemy się czegoś nauczyć metodą samodzielnego myślenia. Ale biurokracja? Tak, w całym tym zgiełku dziur prawnych i plątaninie zawiłych przepisów, każda biurwa może się pomylić, poplątać. Powinniśmy wykorzystać każdą okazję, żeby doprowadzić ich do obłedu i mentalnego szału i samemu nic na tym nie stracić.
 
Swoją drogą te biurwy również są zaślepione. Nie zdają sobie sprawy, że w sytuacji krytycznej rząd nie zawaha się pozostawić ich na lodzie. Tymczasem przynależność do partii, albo do pozapartyjnej organizacji użytku społecznego brzmi w ich uszach tak dumnie, że oddały by życie za swoje patriotyczne obowiązki. Sądy, policja, sejm, senat, prezydent, premier... wszyscy jesteśmy jednakowo nadzy w obliczu Boga. Problem leży w tym, że zamiast czynnie zwalczać system, teraz, w tym momencie czytając mój post zaczynamy polemizować: czy Bóg w ogóle istnieje, czy też nie, a to nie ma zupełnie nic do rzeczy. To nie jest post o tematyce religijnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz