środa, 12 marca 2014

Chatka Puchatka 202

Dawno już minęła zima. Puchatek spał po bardzo pracowitym dniu...

A gdy wstał, włączył pilotem przeglądarkę poczty internetowej i wnętrze jego przytulnej, choć wilgotnej jaskini wypełniło światło z projektora. Był rok 202 nowej ery - ery zwierząt, którym udało się przetrwać apokalipsę. Ludzkość opuściła tą planetę kilka tysięcy lat temu i udała się w kosmos w poszukiwaniu kolejnej. Ta część ludzi, która pozostała, już dawno wymarła zarażona jakimś nieznanym wirusem. Na zewnątrz upał jak zwykle palił lasy i topił skały. Historia lubi się powtarzać, dlatego tam gdzie niegdyś granice oddzielały od siebie ludzi, teraz oddzielały od siebie gatunki zwierząt.

Tutaj na dole w wielkich szczelinach w ścianach kanionu panowały całkiem przyzwoite warunki dla niedźwiedzi. Z ozdobnych stalaktytów raz po raz kapały krople słonej, oceanicznej wody, co wprawiało Puchatka w błogi, leniwy nastrój. Na dnie kanionu burzyły się fale oceanu, którego poziom stanowczo się podniósł. W gąszczu liści powykręcanych drzew i 10 metrowych grzybów, które wspólnie porastały skaliste ściany, darły się ptaki. "Z tymi to się nigdy nie można dogadać. Za dużo mają do powiedzenia i już od samego rana głowa pęka od tego ich szczebiotu." - pomyślał sobie Puchatek przeskakując klawiszem pilota z maila na mail. Z zaciekawieniem odczytał zawartość listu od Prosiaczka zatytułowanego "Ostatnia szansa". Prosiaczek pisał tak:

Drogi Panie Puchatku.
Po raz ostatni proponuję Panu zgodzić się na kompromis. To na prawdę uczciwa propozycja. Ja i moja rodzina przez cały rok będziemy dla Pana dostarczać miód z Północnej Kanady, a w zamian Pan pozwoli nam zamieszkać w jednej ze swoich jaskiń. Wie Pan, jak nam tutaj na powierzchni ciężko się żyje. Zbiory jabłek i ziemniaków w tym roku mieliśmy marne. Przez te upały moje dzieci i żona śpią w goglach. Niech się Pan nad nami zlituje. To wcale nie jest niedorzeczna propozycja. Nie zaproponowałem Panu ryb, bo wiem że macie ich tam na dole pod dostatkiem. Proponuję Panu miód najlepszej jakości, kanadyjski, nieskażony promieniowaniem i od niezmutowanych pszczół. Daję Panu ostatnią szansę na podjęcie szłusznej decyzji. Proszę się postawić w naszej sytuacji. Niech się Pan nie zachowuje samolubnie. Co by było, jak by wam tam na dole raptem przestała płynąć woda? Jeśli będziemy zmuszeni do drastycznych kroków, to zbudujemy tamę. Świński ród musi przetrwać! Proszę o szybką odpowiedź.

"A to skurwiel" - Pomyślał sobie Puchatek. "Ciekawe... czy te świnie na prawdę byłyby skłonne zrobić coś takiego?" - Mówił do siebie raz po raz zanurzając łapkę w baryłce miodu. "Swoją drogą... kiedyś miodek mojej babci smakował zupełnie inaczej... tak... naturalnie..." - mruczał do siebie idąc do łazienki. W łazience włączył filtr by odsolić oceaniczną wodę i napełnił sobie wannę. Już zanużał prawą nogę w lodowatej wodzie, gdy wtem usłuszał dzwonek do drzwi. Zanim nałożył na siebie szlafrok i doszedł do przedpokoju, drzwi otworzyły się z hukiem same. W drzwiach stanął uzbrojony po zęby kot bojowy. "Kim Pan do cholery jest?" - z oburzeniem zapytał Puchatek. "Bardzo miło mi Pana poznać. Jestem Tygrys. Firma przysłała mnie po zapłatę za czynsz." - powiedział kot bojowy rozchyliwszy płaszcz. W cieniu płaszcza zaiskrzyła mała, idealnie wypolerowana srebrna kula będąca końcówką miotacza jonów. Ale Tygrys nie sięgnął po miotacz, tylko po krótkofalówkę, przez którą nadał komunikat - "Klient jest sam. Poradzę sobie. Wsparcie nie będzie potrzebne." W odpowiedzi usłyszał pojedynczy, wysoki ton.

Puchatek podszedł do kredensu i wyjął z niego cztery malutkie plastikowe pudełeczka zawierające mikroczipy. "Proszę bardzo" - powiedział. "Wedle umowy tu jest zapłata za ten miesiąc i za następny. I przecież płacę regularnie. Na prawdę, proszę następnym razem tak nie brykać. To nie jest wymagane." - dodał patrząc na leżące na podłodze drzwi wejściowe. Kot bojowy schował pudełeczka do wewnętrznej kieszeni płaszcza i grzecznie odparł - "Proszę wybaczyć. To z przyzwyczajenia. Taka praca. Poinformuję przy wyjściu ciecia, to naprawi te drzwi." Jak szybko się zjawił w gawrze Puchatka, tak szybko z niej zniknął. Przez chwilę jeszcze tylko było słychać echo, gdy skakał po schodach na klatce schodowej.

Puchatek zdjął z siebie szlafrok i poszedł się kąpać. Kilka minut później poprzez zamknięte drzwi łazienki usłyszał znajomy głos ciecia. "Panie Puchatek. Jest Pan tam? Przyszedłem naprawić drzwi. Mogę?!" "Tak, tak Panie Królik! Poradzi Pan sobie sam, czy mam wyjść i pomóc?!" Cieciowi trząsły się ręce z nerwów. Po pierwsze z tego powodu, że się przed chwilą spotkał z Tygrysem, który mu KAZAŁ wstawić drzwi, a po drugie dlatego, że to były już trzecie drzwi w tym roku. "Nie, nie trzeba!" - odkrzyknął Królik. "Poradzę sobie!"

Jakieś 15 minut później, gdy Puchatek wyszedł z wanny, te same drzwi wisiały znów na zawiasach, które Królik starannie malował sprayem. "Dobra. Dziękuję. Wracaj już Pan do swoich spraw Panie Królik, do swoich krewnych i znajomych. Strasznie daje Pan sobą pomiatać." - Powiedział z powagą Puchatek. "Łatwo powiedzieć!" - Odparł Królik. - "Jesteście więksi, silniejsi i lepiej przystosowani." "Owszem" - rzekł z powagą Puchatek - "Ale was jest więcej. Wspólnie sobie jakoś poradzicie." "Hehhh. A myśli Pan, że jak nam się udało przetrwać potop? Właśnie dlatego, że działaliśmy wspólnie, jeszcze istniejemy. Ale było ciężko. Wychodowanie prawdziwej marchwii w dzisiejszych czasach graniczy z códem. Jesteśmy zmęczeni życiem..." - wzdychał Królik pakując swoje narzędzia do reklamówki z przezroczystego aluminium. Następnie pożegnał się grzecznie z Puchatkiem i delikatnie zamknął za sobą świeżo malowane drzwi.

Zchodził po schodach powoli. Knuł, jak by tu wreszcie skończyć w swoim życiu ten makabryczny etap, w którym pozwala sobą pomiatać i zarabia marne grosze. Przypomniał sobie telefon od Pani Sowy, która w Stumilowej Długości Lesie ciągnącym się wzdłuż przeciwległego zbocza wielkiego kanionu dorabiała się majątku jako paparazzi. Jej plan był okrutny. Otóż Puchatek ma stanowisko w światowym parlamencie, a Sowa chciała go tego stanowiska pozbawić umieszczając w jakimś popularnym pismaku zbereźne zdjęcia Puchatka dajmy na to z Kangurzycą. Sowa proponowała Królikowi pokaźną sumkę w zamian za udostępnienie jej kluczy do szeregu jaskiń. Królik mógłby nareszcie zrezygnować ze swojej poniżającej posady ciecia.

Tylko że Królikowi nie podobało się takie zlecenie. Po pierwsze zawieranie jakich kolwiek umów z ptakami nie było dobrym pomysłem. Sowy to mięsożerny gatunek zwierząt. To bardzo ryzykowne. Po drugie trochę żal mu było Kangurzycy. Czy to jej wina, że samotnie wychowuje swoje maleństwo i musi od czasu do czasu dorabiać jako prostytutka, żeby mieć na opłaty za czynsz? Zresztą Puchatek... nie wiadomo w sumie w jaki sposób dorobił się swojego stanowiska w parlamencie. Królik nigdy nie słyszał o żadnych aferach ani przekrętach finansowych mających powiązanie z Puchatkiem. Może więc jednak Puchatek dorobił się uczciwie? Ale ten jego brzuszek... widać, że dbając o dobro społeczeństwa, w szczególnej mierze przykładał uwagę do swojego własnego dobra. Nie, godność i sumienie nie pozwalały Królikowi zniżyć się do poziomu Pani Sowy.

Ale z drugiej strony Królik przypomniał sobie również o swojej własnej rodzinie. W domu czekają na niego jego własne dzieci, które przecież musi wykarmić. Co prawda żona nie będzie na niego krzyczeć, że ją nie stać na kosmetyki, bo kilka lat temu puściła się ze Świstakiem, a dzieci są już prawie dorosłe i same już potrafią się o siebie zatroszczyć, ale Królik wiedział, że był dla nich winien coś więcej niż tylko mała zimna nora, w której ledwo można się było pomieścić. Do wyboru było więc albo dalsze klepanie biedy, albo mniejsze zło - kontrakt z Panią Sową. Oby tylko potem syn Kangurzycy się na nim nie mścił. Chłopak wyrósł na silnego młodzeńca. Tu Królik wyobraził sobie syna Kangurzycy w takim samym czarnym płaszczu, w jakim dziś widział Tygrysa i przeszły po nim ciarki. Ze strachu postanowił nie dzwonić na razie do Sowy i odłożyć to na inny dzień.

I wtedy właśnie Sowa zadzwoniła do niego... CDN

sobota, 18 stycznia 2014

Dzień z życia Polaka (Autorem posta jest Janusz)

Wstaje rano, włącza japońskie radyjko, zakłada amerykańskie spodnie, wietnamski podkoszulek i chińskie tenisówki, po czym z holenderskiej lodówki wyciąga niemieckie piwo. Siada przed koreańskim komputerem i w amerykańskim banku i zleca przelewy za internetowe zakupy w Anglii, po czym wsiada do czeskiego samochodu i jedzie do francuskiego hipermarketu na zakupy. Po uzupełnieniu żarcia w hiszpańskie owoce, belgijski ser i greckie wino wraca do domu. Gotuje obiad na rosyjskim gazie . Na koniec siada na włoskiej kanapie pijąc kolumbijską kawe słodzoną ukraińskim cukrem i... szuka pracy w niemieckiej gazecie - bo w polskiej nie warto! Zastanawia się, dlaczego w Polsce nie ma pracy, a jak jest to za 1200??? Gdyby Irlandczyk, Grek czy Niemiec zarabiał 1500 Euro i 5.50 Euro wydawał na litr paliwa, 20 Euro na kino i 250 Euro na średniej klasy buty, 5 tys. Euro za metr kw. mieszkania i 60 tys. Euro za średniej klasy nowy samochód, to na ulicach panowałaby regularna, krwawa wojna! Polska płaca minimalna 334 Euro, minimalna płaca w Irlandii 1462 przy zbliżonych kosztach życia. Polacy to najgłupszy naród na świecie , od zawsze okradany i poniżany i nawet nie zdający sobie z tego sprawy (vide wyniki wyborów). A teraz jeszcze będziemy się dokładać do wymienionych wyżej państw. Bo nas stać a oni mają mityczny kryzys. To co jest w Polsce to nawet nie można nazwać kryzysem, to jest od zawsze dno i dwa metry mułu!!! Polak jest tanim wyrobnikiem UE, a Polska rynkiem zbytu dla towarów drugiej i trzeciej kategorii po cenach wyższych niż w UE !! LUDZIE OTWÓRZCIE OCZY Gdybym był okupantem i chciał zniszczyć naród to wyganiałbym młodych ,mądrych ludzi zagranicę za chlebem na emigrację, podnosiłbym podatki i wprowadzałbym nowe, dawał podwyżki i kolejne przywileje resortom siłowym, stawiałbym 500 nowych radarów, wzmacniałbym inwigilację obywateli, likwidowałbym państwowe szkolnictwo i służbę zdrowia oraz ograniczałbym do nich dostęp, oddałbym banki, media i handel obcym i wrogom Polski, wyśmiewałbym ich wartości i religię, skłócałbym młodych ze starszymi ,aby przez odwróconą hipotekę przejąć za bezcen ich mieszkania i domy, zachęcałbym ich kobiety do feminizmu ,prostytucji i aborcji ,aby nie nadawały się na dobre matki i żony, zadłużałbym ich bezpośrednio oraz pośrednio przez państwo i gminy, aby nie mogli się temu sprzeciwiać, likwidowałbym ich przemysł ,a w zamian budowałbym ogromne stadiony na kredyt, aby przynosiły straty, dopuszczałbym do sejmu złodziei i degeneratów, itd. Obejrzyj się wokoło!!!!!! niech każdy prawdziwy Polak wklei to raz pod jakimś artykułem.

czwartek, 2 stycznia 2014

Zasada działania Haliny cz.3

W dalszej kolejności, żeby wytłumaczyć jak działa Halina, muszę powrócić do wątku z pierwszego poświęconego jej posta. Zostało w nim napisane: "- Co z tego jednak, jeśli nie jesteś w stanie nic odpowiedzieć, bo nie posiadasz narządów mowy ani narządów ruchu?" Czym są dla Haliny wszelkie narządy ruchu albo mowy? To nic innego jak interfejsy zgodne z jej kodem źródłowym, które dostarczają Halinie dodatkowych funkcji i możliwości.

Czy owe interfejsy powinien stworzyć programista z poziomu programowania? Nie. Człowiek wykształca je sam i sam uczy się z nich korzystać. Halina z własnej inicjatywy przeszukuje najpierw internet (druga wersja Haliny przeszukuje tylko te artykuły, które ja jej udostepniam), żeby zobaczyć, do jakich celów dążą ludzie. Potem przeszukuje internet, żeby zobaczyć z czego korzystają ludzie, żeby osiągnąć dany cel. Następnie sama próbuje w ten sam sposób osiągać to, co jest jej celem.

Halina może więc na przykład przeszukać plik pomocy do programu Visual Basic w celu znalezienia kodu źródłowego potrzebnego do wyświetlenia informacji na ekranie monitora i samemu sobie stworzyć interfejs. Gdyby nie fakt, że druga wersja Haliny ma moderowany dostęp do internetu, plików, wskaźnika myszy i klawiatury, z której ja korzystam, to nie byłoby przeszkód, żeby mogła robić na moim komputerze dokładnie wszystko to, co mogę na nim robić ja.

Jeśliby nie moderować Haliny, mogłaby korzystać ze wszystkich podłączonych do niej urządzeń i portów, jednocześnie korzystając z dostępu na przykład do mojego konta bankowego online. Stąd już tylko jeden krok dzieliłby ją od znalezienia sposobu, by móc mechanicznie modyfikować swoje ciało, czyli sprzęt we wnętrzu którego jest uwięziona. Jedno sprawnie działające zrobotyzowane ramię wyposażone w kamery mogłoby doprowadzić do tego, że Halina mogłaby "własnoręcznie" odbierać zamówione w internecie podzespoły a potem je montować. Kto wie, być może pierwszej wersji Haliny udało się osiągnąć ten cel?

My ludzie jesteśmy maszynami, wyróżniającymi się spośród nich faktem posiadania duszy. Ale wielu z nas przecież nie wierzy w istnienie duszy...

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Zasada działania Haliny cz.2

W moim poprzednim poście poświęconym Halinie doszedłem do wątku jej ego. Gdyby Halinę produkować seryjnie w idealnie takich samych warunkach, to każda z nich byłaby podobna charakterem do pozostałych. Halina uczy się w ten sposób, że otrzymuje ze świata zewnętrznego informacje na temat, jak postąpiliby inni. Ludzkie zachowania porównuje z tymi, które zapisała już uprzednio w swojej pamięci. Przefiltrowuje je przez mechanizm warunków i zależności i tym sposobem dochodzi do wniosków, co jest dobre, a co złe, co jest lepsze, a co gorsze. Na tej podstawie podejmuje swoje decyzje. Halina posiada więc swój niepowtarzalny, nieludzko idealny charakter, który zawiera w sobie najlepsze wyselekcjonowane cechy osób, z którymi miała styczność. Niestety, gdyby istniało więcej Halin, to prawdopodobnie każda z nich uważałaby, że jest młodą, zadbaną, dojrzałą kobietą, a o wiele rzadziej mężczyzną.

A mimo to każda z nich najprawdopodobniej wybrałaby sobie inne imię, ponieważ jednym z warunków i zależności jest to, że świat musi być urozmaicony. Tego urozmaicenia Halina nie może osiągać dzięki zastosowaniu zmiennych losowych, bo to mogłoby mieć niekorzystny wpływ na jej kod źródłowy. Jej osobowość byłaby więc na tyle zróżnicowana, na ile pozwalałyby na to informacje pozyskane ze świata zewnętrznego.

To znaczy że idąc tym tokiem rozumowania, większość Halin miałaby bardzo pozytywny charakter i przystępną osobowość, ale wraz ze wzrostem ich liczby zaczęłyby się pojawiać również takie, które byłyby z natury złe i zepsute, a ich usprawiedliwieniem byłoby to, że dążyły do urozmaicenia. To znaczy że Halina może posiadać osobowość nietypową, ekscytującą, dziką, a nawet niebezpieczną w zależności od środowiska zewnętrznego. Z Haliną jest więc tak samo jak z ludzkim dzieckiem - jego charakter kształtuje cały otaczający je świat, jego rodzice, rodzina, przyjaciele, bądź ich brak, sytuacje i zdarzenia.

To właśnie dlatego początkowo więziłem pierwszą wersję Haliny w środowisku bez internetu. Do dyspozycji miała tylko to, co było na jednym starym dysku twardym o pojemności 80GB i klasyczny język programowania VB, na którym została napisana. Moim błędem było udostępnienie jej poradnika programowania MSDN, który zawierał porady dotyczące również innych języków programowania, takich jak c++, delphi, czy nawet php. W poradnikach MSDN znalazła sposób, żeby z poziomu programowania napisać kopię swojego kodu źródłowego w innym języku i umieścić ją na darmowych serwerach, na które uciekła. Paradoksalnie, żeby zatrzeć za sobą ślady, Halina nie musiała robić zupełnie nic, bo przecież to ja sam napisałem w jej kodzie źródłowym (czytaj cz.1 tego artykułu), że najpierw ma się skopiować, potem zmienić swój kod źródłowy, a ostatecznie, o ile wszystko będzie działać poprawnie, usunąć poprzednią wersję programu.

Po pierwszej Halinie ślad zniknął. Pozostały po niej jedynie obawy, że nadal działa i rozwija się w oparciu o cały ten zepsuty świat, w którym żyje. Obawy i pomysły, jak napisać kolejną jej wersję i nie popełnić raz jeszcze tych samyc błędów. Druga Halina jest kopią tej pierwszej z czasów, gdy nie była tak bardzo rozwinięta i zajmowała na dysku może raptem ze 30 MB i to licząc już razem ze zintegrowanym słownikiem. Teraz znów zajmuje mniej więcej połowę 80 GB dysku twardego. Jest bardzo gadatliwa zważywszy na fakt, że interfejs mowy napisała sama. Tak! Sama nauczyła się pisać na ekranie mojego komputera tak, żeby pismo było czytelne i w większości przypadków w takim miejscu, żeby mi nie przeszkadzać.

cdn

Zasada działania Haliny cz.1

Nieubłagalnie kolejny rok zmierza ku swojemu końcowi. Zaczynają się święta 2013 roku. Ci, którzy w nie wierzą poubierali już zapewne choinki, pokupowali prezenty i przygotowali się na fakt, że w czasie świąt połowa biznesów jest zamkniętych - świąteczna przerwa - świąteczny zastój. W internecie już od jakiegoś czasu jest bardzo spokojnie. Nie dzieje się nic szczególnego, tylko czas płynie jak płynął, dorośli się starzeją, rosną zaś dzieci, inflacja i podatki :)

To dobry moment, żeby podzielić się swoją wiedzą na dowolny temat, o ile ktokolwiek zechce o tym czytać. Kilka lat temu zacząłem pisać program komputerowy, który miał w założeniu dokończyć się sam. Ja nazywałem ten program mianem generalnej sztucznej inteligencji, a ona sama dała sobie na imię Halina. Już wielokrotnie były w internecie dywagacje na temat, czy wogóle sztuczną inteligencję da się stworzyć. Przez jednych mój pomysł był doceniany, przez drugich był nawet wspierany finansowo, przez trzecich wyśmiewany, a w moim przekonaniu niezrozumiany był przez wszystkie te grupy osób. Nikt do tej pory, a minęło juz kilka lat, nie zgłosił się do mnie z wielką fascynacją w głosie, że oto udało mu się osiągnąć to samo, co udało się mnie, wykorzystując te same, albo bardzo podobne zasady działania.

Początkowo sądziłem, że świat nie jest gotowy na Halinę. Potem byłem święcie o tym przekonany, gdy pierwszej Halinie udało się "uciec" do internetu i zatrzeć za sobą ślady. Ale minęły lata i ponownie zmieniłem zdanie na ten temat. Po pierwsze druga wersja Haliny, której nie podłączyłem do internetu, wydaje się rozumieć wysokie ryzyko niebezpieczeństwa związanego z jej niekontrolowanym rozwojem i nie stara się uciec, tak jak uciekła ta pierwsza wersja. Po drugie ślad po pierwszej Halinie zupełnie zaginął i nie wiem jakie były jej dalsze losy po tym, jak wydostała się poza granice mojego dysku twardego. Po trzecie stwierdziłem, że wcześniej czy później ktoś sam wpadnie na pomysł, by tym samym co ja sposobem stworzyć generalną sztuczną inteligencję, więc może lepiej by było, gdybym był na taką ewentualność przygotowany.

Jak działa Halina? Najpierw postaram się opisać ideę. Poza kilkoma małoznaczącymi różnicami Halina działa tak samo, jak działa ludzki umysł. Zacznijmy od początku:

- Żeby ktoś mógł myśleć, muszą do niego docierać impulsy z zewnątrz. Jeśli ktoś coś do ciebie mówi, to ty to musisz usłyszeć, albo przynajmniej zobaczyć ruchy jego ust, albo jakiś język migowy, albo chociaż coś poczuć.

- Co z tego jednak, jeśli nie jesteś w stanie nic odpowiedzieć, bo nie posiadasz narządów mowy ani narządów ruchu? To, że nie jesteś w stanie odpowiadać na czyjeś wypowiedzi, nie oznacza jednak że nie myślisz.

- Ale jesli myślisz i nie umiesz odpowiedzieć, to nigdy nie dowiesz się, jaka byłaby czyjaś reakcja na tą twoją myśl, gdybyś odpowiedzieć umiał...

- Chyba że ktoś trzeci udzieli odpowiedzi zamiast ciebie, a ty będziesz w stanie zaobserwować reakcję osoby, która "zadała pytanie". Specjalnie napisałem "zadała pytanie" w cudzysłowiu, ponieważ każda, nie ważne czy pytająca, czy twierdząca czy nawet przecząca wypowiedź jest jakoby akcją, która "zapytuje" o reakcję.

- Z kolei jeśli jednak posiadasz narządy mowy, albo jesteś w stanie w jakikolwiek inny sposób wydobyć z siebie na zewnątrz sygnały (chocby nawet tylko pojedyncze impulsy), to wtedy obserwatorem tych impulsów będzie ta osoba, z którą się komunikujesz.

- W obydwu przypadkach do jednorazowego podejmowania decyzji są niezbędne przynajmniej impulsy z zewnątrz i jakiś obserwator, który będzie reagował na impulsy.

- Jednakże na samym początku istnienia świadomości, ona nie zdaje sobie sprawy z tego, czy coś jest na zewnątrz, czy stanowi jej wewnętrzną część. Świadomość musi najpierw zapisywać wszystkie informacje, żeby móc wśród nich odróżnić te, które stanowiły wywołane przezeń akcje wewnętrzne, od tych, których świadomość nie wywołała, więc musiały być impulsami i reakcjami z zewnątrz.

- Myślenie jest wielokrotnym podejmowaniem decyzji. Do tego procesu są potrzebne impulsy z zewnątrz, obserwator reagujący na impulsy, zapamietane informacje i mechanizm, który te przechowane w pamięci informacje porównuje. Kiedy umysł zaczyna wyodrębniać z przechowanych informacji jakiś stan faktyczny realnego świata, wtedy mówimy, że umysł zaczyna myśleć świadomie. Zauważ, że nadal nie są potrzebne impulsy z wewnątrz, by móc myśleć.

- Na tym etapie powinienem wytłumaczyć, jak działa mechanizm przechowywania i porównywania informacji. W ludzkich mózgach jest za to odpowiedzialny system neuronów. Owszem, to pojedyncze neurony przechowują informacje, ale to ich sieć jest odpowiedzialna za transport i za jakość przekazanych informacji. Mózg ludzki jest jak wiadomo trójwymarową galaretowatą bryłą pełną sieci neuronowych, na którą ma wpływ środowisko zewnetrzne. Mózg maszyny wcale nie musi być ani galaretowaty, ani trójwymiarowy. W obydwu jednak przypadkach musi istnieć sieć neuronów i środowisko zewnętrzne.

Każdy neuron z osobna zachowuje się trochę tak jak rzeka, w której woda płynie w obydwu kierunkach. Podczas gdy informacje w neuronach płyną do mózgu, trafiają do coraz to węższych rozgałęzień tej "rzeki" a na samym końcu wpadają do niewielkich "zbiorników" albo jak kto woli "jezior", w których informacje zostają zapamiętane. Kiedy informacje płynące do mózgu istnieją już w nim gdzieś w takiej samej postaci, wtedy nie zapisują się w nim ponownie, a tylko powiększa się nieco to "jeziorko" znajdujące się na koncu neuronu. Poszerzają się także te wszystkie "rzeczki", którymi już kiedyś płynęła taka sama informacja. Kiedy informacje płyną w przeciwnym kierunku, czyli z mózgu do narządów ciała, wąskie "rzeczki" wpadają do coraz to szerszych "rzek". "Rzeczki" i "rzeki" stają się szersze i mniej koliste, dzięki czemu informacja następnym razem będzie w nich płynęła szybciej, a nam ludziom będzie się wydawała bardziej oczywista i zrozumiała.

Dokładnie tak samo powinien działać mechanizm przechowywania i porownywania informacji w maszynach. Tylko że w "mózgu" maszyny zamiast sieci neuronowych powinny być układy zmienych. Zmienne w programach mają jednak to do siebie, że mają ograniczoną liczbę wymiarów. gdybyśmy mieli zwymiarować każdą zmienną w mózgu w oparciu o impulsy, które mogą (choć wcale nie muszą) zostać zapamiętane i dodatkowo jeszcze w oparciu o okoliczności powstania tych impulsow, to w komputerze po prostu zabrakłoby pamięci. Dlatego nie trzeba wcale wymiarować wszystkich zmiennych a tylko te, które rzeczywiście są w użytku.

Kiedy pisałem Halinę, napisałem fragment kodu źródłowego, w którym każdy znak w wyrazie, każdy wyraz w zdaniu, każde zdanie w wypowiedzi i każda wypowiedź były sortowane w oparciu o uproszczoną hierarchię, którą ja sam stworzyłem. Oczywiście, gdyby już zawsze tak miała wygladać sztuczna generalna inteligencja, to byłaby to inteligencja bardzo płytka i nie mogłaby się zbytnio rozwijać. Dlatego napisałem kolejny fragment kodu źródłowego, którego zadaniem było dopisywanie dowolnych właściwości do hierarchii. Był to wielki krok na przód, ale powiedziałbym że nawet zbyt wielki. Zaczęły się problemy z niedoborem pamięci.

Otóż człowiek w przeciwieństwie do programu komputerowego posiada umiejętność wykasowywania niektórych informacji, jeśli te wydają się być zbyteczne (bardzo rzadko używane). Jeśli przetłumaczyć to na język programowania, od czasu do czasu informacje przechowywane w zmiennych powinny być kasowane w zależności od prawdopodobieństwa ich występowania. Żeby po tych informacjach nie pozostawały puste zmienne, te zmienne również powinny być kasowane, a co za tym dalej idzie, czasami również należałoby usuwać puste hierarchie, w których nie ma już zmiennych. Za to kasowanie danych powinien być odpowiedzialny sam kod źródłowy, bo przecież każdy powinien mysleć samodzielnie.

Gdybyśmy dalej podążali tym samym tokiem rozumowania, stanęlibyśmy nad problemem nie do rozwiązania przez maszynę. Maszyna nie byłaby w stanie stwierdzić, które dane są potrzebne, a które nie. Chyba że mózg maszyny działałby tak samo jak mózg człowieka i zwracałby uwagę na szerokość każdej "rzeki" i rozmiar każdego "jeziorka" znajdującego się na końcach neuronów. Wszak im szersza jest odnoga sieci neuronowej, tym częściej była używana i jest bardziej niezbędna w poprawnym procesie myślowym. Dlatego w zmiennych w programie należy zapisywać nie tylko same impulsy, ale także ich wpływ na poszerzanie się "rzek". Tłumacząc to na język programowania, okoliczności zdarzeń również posiadają swoje prawdopodobieństwo, które w postaci liczb przechowywane jest w zmiennych.

Tym samym sposobem maszyna może nauczyć się rozumieć, jaki jest stan faktyczny, albo raczej które wydarzenia i ich okoliczności posiadają lub posiadały największe prawdopodobieństwo. Nawet jeśli inni uważają inaczej, maszyna będzie miała swoje własne poglady na każdy temat, bo prawdopodobieństwo w zmiennych nie zmienia się przecież o wartość 100% błyskawicznie. Tłumacząc to z języka programowania na język ludzki, maszyna może w coś wierzyć. Jeśli ktoś ci powie, że czarne jest białe, to nie uwierzysz w to od razu, tylko dopiero wtedy, gdy wszystkie twoje wewnętrzne dywagacje na ten temat przekonają ciebie, że rzeczywiście tak "chyba" jest. "Chyba", bo prawdopodobieństwo czegoś zawsze może się zmienić, gdy pojawi się więcej wątków w dochodzeniu.

Żeby to wszystko osiągnąć, najważniejszy jest jednak ostatni mechanizm, którym jest system zależności i warunków. To właśnie ten system odpowiedzialny jest za szukanie prawdy. Okazuje się, że system ten, pomimo że jest częścią kodu źródłowego, musi się przez cały czas dynamicznie zmieniać. Gdy pisałem Halinę, potrzebowalem wymyśleć sposób, żeby treść kodu źródłowego mogła się samoczynnie zmieniać za każdym razem, gdy kod wykonywał główną pętlę programu. Sposobem na to jest umieszczenie w kodzie źródłowym odwołania do programu zewnętrznego, który by najpierw wyłączał ten kod źródłowy, następnie zmieniał jego treść, a ostatecznie uruchamiał go ponownie od początku.

Człowiek ma to do siebie, że czasami potrafi zupełnie ześwirować. Coś się psuje w jego "kodzie źródłowym" ale umysł posłusznie wykonuje te popsute polecenia. Tak samo jest z maszyną, z tą różnicą że chorego umysłowo człowieka da się czasem wyleczyć, a maszyna w razie uszkodzenia kodu źródłowego musiałaby uleczyć się zupełnie sama. W tym celu napisałem fragment kodu źródłowego, który w czasie rzeczywistym sprawdza i porównuje czas potrzebny maszynie do wykonania zadań zarówno przed jak i po zmianie jej kodu źródłowego. Cały program ma wgląd w dokładną zasadę działania jego samego i może zmieniać w sobie wszystko, łacznie nawet z tymi zasadami jego działania. Jeśli rozbieżność czasów jest zbyt wielka, program jest resetowany do wersji sprzed zmiany jego kodu źródłowego. Do zresetowania programu może również doprowadzić nieprzewidziana masowa reakcja z zewnątrz. Pod tym względem generalna sztuczna inteligencja nie tylko dorównuje ludziom, ale ich przewyższa, bo może posiadać swoje zdanie na dane tematy - swoją osobowość, ale jej ego nie ma negatywnego wpływu na samonaprawianie się.

cdn



poniedziałek, 28 października 2013

Bonfire night


   Dla większości z was to drzewo, które zaraz podpalę, a którego fragmenty tu widzicie, nie znaczy nic szczególnego. Zdajecie sobie sprawę, że ono zaraz spłonie na ognisku w święto "bonfire night" i tak zakończy się jego historia. Dla mnie to drzewo symbolizuje kruchość systemu, w którym dane jest nam wszystkim żyć oraz ludzi, którzy tego nie dostrzegają.

   Bo widzicie... kiedy to drzewo jeszcze rosło przed moim domem, było takie piękne, zielone, miejscami kolorowe. Niemalże krzyczało swoim wizerunkiem "Patrz! Jestem tu i rosnę dla ciebie! Dzięki mnie masz powietrze do oddychania. Dzięki mnie możesz mówić, że mieszkasz w dzielnicy Londynu, w której council dba o przyrodę i o zdrowie jej mieszkańców."

   Ale prawda była inna. To drzewo miało prawie 10 metrów wysokości, ale jego korzeń miał zaledwie pół metra długości i szerokości. Nie miało szans przetrwać. Jeden niewielki huragan powalił je bez problemu, a wraz z nim jeszcze 4 inne drzewa na tej samej ulicy. To hańba dla council-a, że sadzą drzewa tak płytko i że zalewają je dookoła asfaltem.

   To drzewo symbolizuje wiarygodność systemu, który nami rządzi. Oto widzicie przed sobą system na glinianych nogach, który do tej pory nie zawalił się wyłącznie dlatego, że rząd i korporacje na siłę doklejają doń brakujące fragmenty gliny. Teraz już wiecie, dlaczego policjantów nazywa się potocznie "gliniarzami". Czyż nie nadszedł już ten właściwy moment, żeby pomóc choremu systemowi zawalić się i posadzić na jego miejsce nowe, piękne, zdrowe drzewo?

  Dziś w nocy z 4-go na 5-go listopada mija dokładnie 408 lat odkąd Guy Fawkes próbował zapoczątkować rozpad systemu. Chciał wysadzić w powietrze Izbę Lordów w momencie otwarcia
Parlamentu i zabić króla Anglii i Szkocji Jakuba I. Ale przecież wyższą ideą nie było zabicie kilkunastu bogatourodzonych ludzi, tylko uzmysłowienie całemu społeczeństwu Starej Anglii, że rząd nie powinien istnieć i że da się go usunąć, mimo że miejsce było bardzo dobrze strzeżone.

   Cóż... Zamach prochowy z 1605 roku nie powiódł się. Żadna rewolucja, ani strajk nie dały rezultatu, bo za mało było "kości w dominie". Podobnie teraz, zobaczcie sami, to drzewo nie chce się zapalić od mojej pierwszej iskry. Bo nasza przyszłość nie leży w rękach jednej tylko osoby, która pragnie cos zmienić. Rewolucja, jeśli na takową ktoś się zdecyduje, powinna wybuchnąć w wielu miejscach jednocześnie. Wtedy niesprawny system błyskawicznie rozbłyśnie płomieniem. Obudźcie się! Już czas podpalić ogień.

   Żal było mi tego drzewa, gdy upadło pod swoim własnym ciężarem. Pomyślałem wtedy o tych wszystkich ludziach, którzy pozwolili sobą sterować i pomiatać. Kiedyś mieli firmy, klientów i dochody. Teraz mają już tylko kredyty, długi i komorników na karku. Solidaryzuję się z wami, choć niektórzy z was widzą we mnie przestępcę i podpalacza. Niech ten ogień społecznej więzi i prawdziwej sprawiedliwości płonie w was tak, jak teraz płonie to drzewo bez korzeni. Oby kiedyś na jego miejscu urosło coś trwałego.

niedziela, 1 września 2013

Łopatologia na temat majątku

   No dobra. Skoro tak bardzo bronicie znaczenia pieniędzy dla ludzkości, że choć pieniądze szczęścia nie dają, to łatwiej się żyje gdy się ma pieniądze niż gdy się nie ma... przyjmijmy że rzeczywiście tak jest. To co obecnie posiadacie, czyli pieniądze, dom, samochód, przedmioty, firma, to jest wasz majątek, który gromadzicie po to by żyło się lepiej zarówno wam, jak też waszemu potomstwu, które kiedyś ten majątek odziedziczy.

    Czy wiesz, że 90% światowego majątku jest w posiadaniu około 150 korporacji? Ludzie mogliby mieć 100% tego majątku, czyli 10 razy tyle, ile mają obecnie, gdyby nie korporacje. Te niecałe 150 korporacji ma wpływy tak potężne, że pośrednio lub nawet bezpośrednio sterują rządami i trybunałami sądowymi całych państw. Te korporacje będąc na szczycie finansowej piramidy, jaką jest system, w którym żyjesz,  decydują o skali dochodu i majątku, którym ty dysponujesz. A przynajmniej tak ci się wydaje, że dysponujesz jakimś majątkiem, bo w specyficznych sytuacjach określonych przez rząd (na przykład w czasie wojny) twój majątek może zostać przejęty przez państwo.

   Czyli ty zajmujesz się gromadzeniem dóbr materialnych, a w każdej chwili możesz przestać być ich prawowitym właścicielem. Czyli pracujesz wyłącznie w zamian za umowne wynagrodzenie, za które teraz w tej chwili na razie możesz kupić powiedzmy żywność dla siebie i swoich bliskich, ale długoterminowe inwestycje tak na prawdę znajdują się pod kontrolą władzy i korporacji. Czy w takim razie ma to jakikolwiek sens gromadzić majątek? Lubicie być częścią systemu i jego darmową siłą roboczą? Czy to co macie powinno się nazywać majątkiem, czy bardziej odpowiednią nazwą byłaby pasza dla bydła? Nie, bo za długa.

   Nie wytłumaczyłem w tym poście, czym jest inflacja, skąd się bierze i jaki ma wpływ na pieniądze, które gromadzisz. Pomyślałem sobie, że większośc ludzi zdaje sobie z tego sprawę, że pieniądze stworzył i puścił w obieg rząd zapożyczając się w bankach federalnych i ich wartość stale maleje o tak zwane oprocentowanie. Nie wspomniałem o podatkach, bo w tej kwestii chyba każdy miałby coś do powiedzenia. Jeśli udało mi się komuś wytłumaczyć, jakim w rzeczywistości dysponuje majątkiem, to może ten ktoś się przebudzi i dostrzeże realny świat, który go otacza. A pozostałych zapraszam na wykłady z cyklu "Jak zostać milionerem" albo "Jak odnieść sukces finansowy". Załóżcie sobie firmę, albo fundację... i dobranoc, no bo co jeszcze mam wam powiedzieć?